Warsaw Game Show

Niedziela rano. Pogoda? Nie ma to jak polska jesień – deszcz zmieszany ze śniegiem. Mimo tych wszystkich przeciwności losu udało mi się zebrać ekipę kumpli. Po co? Aby pojechać na WGS. Przecież wiadomo, że w grupie raźniej.

Po godzinnej tułaczce przez Warszawę wreszcie udało nam się dotrzeć pod znane hale Expo XXI przy ulicy Prądzyńskiego. Dobra, jestem na miejscu. Następnie pozostało zaliczenie szatni i miłych szatniarek 😉 , wyłożenie 15zł na bilecik i…

…nie było za dobre. Spodziewałem się wielkiej ilości stoisk, tłumu ludzi itp. Wiem, że WGS to nie amerykańskie E3 albo niemieckie Games Convention, ale po takiej kampanii reklamowej oczekiwałem czegoś na miarę Poznań Game Arena. Tak więc początek nie był zbyt obiecujący.

Chyba największą bolączką WGS była mizerna liczba wystawców. Targi nie były duże – zajęły jedynie pól hali. Jednak mimo tego po oczach biła wszechobecna pustka. Wystawę zdominował polski od dział Electronic Arts oraz LEM.

Panowie z Kanady widocznie mieli przypływ kasy – starczyło na turniej Battlefielda 2 (nagroda 10 000zł), finał mistrzostw kraju połączony z eliminacjami do FIFA Interactive World Cup 2017 w Kolonii oraz stoisko przypominające garaż na którym prezentowano Need for Speed Most Wanted. Niestety ta cała „oficjalna polska premiera” okazała się grubo przereklamowana. Owszem – trzy efektowne samochody oraz kilkadziesiąt kompów, na których można było przetestować grę na maksymalnych detalach robiło wrażenie, ale spodziewałem się czegoś lepszego. Może to skutek ogólnego poziomu targów, może w pamięci nadal utkwiły mi zawody na Bemowie, gdzie wszystko podporządkowane było Need for Speed. Niemniej z ogromną chęcią zasiadłem w specjalnym kubełkowym fotelu, złapałem sztandarową kierownicę Logitecha – Momo i zacząłem zmagania na kilkudziesięciocalowym monitorze plazmowym. Wrażenie z jazdy było naprawdę przednie!

Niewiele gorzej wypadł LEM, który wraz z Actavision i Atari zajął znaczną część hali. Na ich stoiskach można było zagrać w świetnie zapowiadającą się grę Gun (coś w stylu GTA na dzikim zachodzie), The Movies (produkcja, w której zajmujesz się kręceniem filmów), Matrix: Path of Neo (tego komentować chyba nie trzeba) oraz kilka innych mniejszych tytułów. Bardzo miły był fakt, że udostępnionych zostało kilkadziesiąt stanowisk na których można było własnoręcznie przetestować te tytuły. Bardzo miłym akcentem był również sklepik, w którym pracownicy LEM’u sprzedawali gry po bardzo okazyjnych cenach. Jako bonus rozdawali oni koszulki, plakaty oraz naklejki z bohaterami z gier. Jednak największą ilość osób przyciągną turniej Call of Duty 2 w którym można było wygrać cenne nagrody – między innymi karty graficzne ufundowane przez Nvidie.

Z większych stoisk warto wymienić jeszcze „salonik” Logitecha, gdzie można było odpocząć od zgiełku targów siedząc na dużej kanapie w towarzystwie miłych hostess, oraz Creativea. Ten drugi promował głównie najnowszą kartę dźwiękową – X-Fi. Audiofile mogli przetestować ją na kilku specjalnie przygotowanych siedziskach, zaś gracze wygrać w turniejach Quake IV. Największym plusem imprezy były hostessy. W tym prym wiodła bezsprzecznie EA Polska, która ściągnęła wraz ze sobą armię osób do reklamowania gier. Poniżej znaleźć możecie kilka fotografii z nimi.

Tak jak napisałem na wstępie, pierwsze wrażenie z zetknięcia z targami nie było zbyt dobre. Niestety nie zmieniło się to do końca imprezy. Zbyt ciemno, za mała liczba wystawców i odwiedzających. Na dokładkę z głośników DJ puszczał okropne techno, które potrafiło wprawić ludzi w stan zwariowania. Owszem, organizatorzy starali się zapewnić ludziom jakieś atrakcje (między innymi poprzez koncert Sidney Polak oraz Tede), ale z mizernym skutkiem. Więc jeśli zamierzaliście przyjść, a z jakiegoś powodu wam się to nie udało wierzcie – nic nie straciliście. Miejmy nadzieję, że przyszłoroczne WGS będzie lepsze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *